Z pamiętnika…

Trafiłam dziś na budowę. Lekko zagubiona omiotłam wzrokiem niewielki drewniany domek w stanie surowym, rozwalającą się szopę, napoczętą górę żwiru i połowę wraku białego samochodu, po czym usiadłam na długiej belce i wystawiłam twarz do słońca. Było mi nieco niezręcznie, zważywszy na fakt, że chłopaki zabrali się do pracy, ale szczerze mówiąc, nie widziałam jeszcze dla siebie odpowiedniej roli w tej całej budowlanej sytuacji. Przyjechaliśmy tutaj na motorze sąsiada w pięć osób. To znaczy sąsiad, ja, Tumee, nieznana mi młoda dziewczyna w ciąży i kilkuletni chłopiec. Jak zwykle to rzeczywistość naokoło ogarniała mnie, a nie ja ją. Tak też było i tym razem. Mogłam liczyć jedynie na znajome Joł ho, czyli Chodźmy, poddać się dobrowolnie temu wezwaniu, a potem już tylko dać nieść ciągowi zdarzeń. Dzisiejszego przedpołudnia ciąg ten rozpoczęła wizyta w jurcie mojej najwierniejszej Fanki, po drugiej stronie drogi. Przestąpiłam przez maźnięty błękitną farbą próg, przysiadłam nieśmiało obok Tumee na łóżku i zaczęłam przyglądać się detalom wnętrza. Nie zdążyłam dojść jednak nawet do jednej czwartej, gdy w jurcie nastąpiło poruszenie. Z fotela po mojej prawej, na łóżko, naprzeciwko eksmitowana została babcia (czyja? oczywiście nie wiadomo), wydłubująca sobie resztki kozy spomiędzy zębów, a ja ani się nie obejrzałam, jak sama zostałam w nim usadowiona, z obiadem w jednej ręce i herbatą w drugiej. Odstawiłam szybko gorącą czarkę z napojem i zaczęłam powoli jeść, rzucając zakłopotane spojrzenie w kierunku babci. Ta jednak, nieporuszona całą sytuacją, zapalała właśnie papierosa, przystawiając sobie do ucha słuchawkę staroświeckiego telefonu; Tumee zachęcająco spoglądał na parujący makaron, który zastygł w połowie drogi do moich ust; w telewizorze po zielonym stepie biegały konie, a mały chłopiec u moich stóp bawił się różowym błyszczykiem do ust. Przez myśl przeszło mi pytanie, czy to wszystko aby dzieje się naprawdę!

Nie dane mi było jednak, zastanowić się nad odpowiedzią, ani nawet dopić herbatę, bo po chwili śmigałam już przez Hatgal na zielonym motorze, wiatr rozwiewał mi włosy, a w głowie kołatało się nowe pytanie: ,,No to gdzie tym razem?”. Dziesięć minut później grzałam twarz w słońcu z gotową odpowiedzią, choć bez poczucia zrozumienia o co właściwie chodzi. Być może, w potoku słów wypowiadanych przez moją ,,fankę” przy obiedzie, podło coś w stylu: ,,Weź że Tumee daj tej swojej dziewczynie się trochę rozerwać, niech tak nie siedzi w domu, tylko popatrzy jak rozrabiasz cement”. No to chłopak posłuchał, a w to że Fanka potrafi być przekonująca, to ja akurat wierzę. Otworzyłam na chwilę oczy i faktycznie Tumee przesypywał łopatą pylistą, szarą zaprawę do bali wypełnionej wodą. Sąsiad ze szpachelką w jednej i spróchniałą deską w drugiej dłoni zniknął we wnętrzu domku, a dziewczyna z dzieckiem zniknęli całkowicie. Pozostało mi zatem przejście do jednej z moich ulubionych czynności, czyli obserwacji. Obserwowałabym tak zapewne jaki pasące się za płotem i żółte igiełki modrzewi,  powiewające na delikatnym wietrze, gdyby nie fakt, że po kolejnych piętnastu minutach, to ja sama, na powrót stałam się obiektem obserwacji. Fanka wróciła! Przysiadła obok mnie na belce, a z nią mama Tumee, dziewczyna w ciąży (tym razem bez dziecka) i sąsiadka z posesji obok, ze śpiącym maluchem w ramionach. Czyli jednak obserwowanie mężczyzn przy pracy nie jest niczym nadzwyczajnym. Czując się nieco mniej niezręcznie zapatrzyłam się na Tumee, noszącego gotową zaprawę w wyszczerbionej, metalowej misce. Niesamowite, że wszyscy tak sobie tutaj nawzajem pomagają. Mam wrażeni, że w Hatgal nie istniej pojęcie ,,ekipa budowlana”. Zwołujesz po prostu kumpla, brata, syna brata, wujka i dom stawia się niejako sam. Jest to też doskonała okazja do towarzyskich spotkań, co potwierdzały żywo dyskutujące kobiety, wybuchające co chwilę gromkim śmiechem. Niespodziewanie, wśród niezrozumiałych słów i dźwięków, dotarło do mnie zdanie, brzmiące całkiem zgrabnym angielskim:

Where are you from?

From Poland.

???

Bi Polsz ulsas irsen!

Aaa, Polsz. How old are you?

24

What is your name?

Mini ner Ola.

Fanka pokiwała głową, uśmiechnęła się promiennie, po czym nauczyła mnie dwóch istotnych w sytuacji, w jakiej się znalazłyśmy mongolskich zwrotów, czyli: ,,jest mi ciepło” i ,,jest mi dobrze”. Poczułam się nagle w jej towarzystwie, może nie w pełni zaakceptowana, ale na pewno nie anonimowa i całkiem przypadkowa. Byłyśmy już przecież po imieniu, a fakt ten zamiast alkoholem przypieczętowałyśmy wspólnym noszeniem kamieni pod posadzkę… cdn.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s