Z pamiętnika…

W telewizji leciał mongolski kabaret. Pulchny jegomość w mundurze policjanta biegał w kółko po scenie, usiłując dogonić swojego kościstego towarzysza, przebranego za lekarza. Potem zza czerwonych, plastikowych fal wyłoniła się wymalowana Mongołka w blond peruce i podartych spodniach, nucąc wesołą piosenkę. Tumee z rodzeństwem pokładali się ze śmiechu, a mi nie pozostało nic innego, jak śmiać się razem z nimi. Choć właściwie, to nie musiałam wcale wpatrywać się w ekran. Najmłodsza Cylnuk, usmarowana na buźce fioletowym dżemem jagodowym, skakała po dywanie w lakierowanych bucikach na obcasie, podrzucając różowy balonik; Tumze, pomiędzy wybuchami niekontrolowanego chichotu, siorbała ze srebrnej miseczki domowy jogurt, mieszając w nim co chwilę palcem; Toułku, z telefonem w ręku, czytał na czas fragment tekstu z poplamionej herbatą kartki, a Tumee usiłował wystraszyć małą udając umarlaka. Po chwili do tej wesołej gromadki, dołączył jeszcze  syn sąsiadów z plastikową kozą, który porzuciwszy zwierzaka na środku salonu, zajął się rzucaniem lotek do tarczy. Prawdziwa koza, a właściwie jej ugotowane i nie do końca obskubane kości, spoczywały tymczasem w zielonej misce na środku stołu. Dookoła miski siedziały trzy Mongołki z długimi nożami w ręku, utłuszczonymi palcami wkładały sobie do ust beżowe kawałki mięsa i ewidentnie mnie obgadywały. Najtęższa z nich, o twarzy upstrzonej nie do końca wchłoniętymi plamami białego kremu i czerwonych jak krew wargach, wyraźnie przewodziła dyskusji. Wpatrywała się we mnie z intensywnością, równą tej, z jaką usiłowała przeżuć, najwyraźniej żylasty fragment kozy. Mocno zmieszana całą sytuacją skuliłam się  lekko na krześle, ściskając mocno w dłoniach gorącą czarkę z herbatą i zerknęłam na Tumee. Nie przypominał już truposzczaka, ale jego mina wskazywała na człowieka lekko zbitego z tropu. Wpatrywał się w chrząstkę, która zastygła w połowie drogi, między miską, a ustami trajkoczącej Mongołki i obracał w dłoniach kolorowy breloczek od kluczyków. Jego mama obdarzała mnie jednak, co chwilę serdecznym uśmiechem, a najmłodsza siostra rozpoczęła właśnie wspinaczkę na moje kolana. Czerwonousta w końcu chyba dała za wygraną, bo wrzuciła sobie chrząstkę do buzi i ku mojemu zdziwieniu uniosła ubrudzonego kciuka do góry, komentując ten gest gardłowym ,,good”. Zdębiałam jeszcze bardziej. No cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo… cdn.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s