W labiryncie

Hatgal to labirynt. Pomiędzy wysokimi, drewnianymi płotami łatwo zgubić bieg, jednej z dziesiątek wyjeżdżonych kołami motorów dróg i wydeptanych skórzanymi butami ścieżek. Każda pylista ulica przypomina swoją równoległą sąsiadkę i prostopadłą koleżankę. Każda kusi majaczącym na jej krańcu krajobrazem jesiennych drzew lub połyskliwym błękitem wód jeziora. Na każdej spotkać można, wyskubujące skąpą trawę, łaciate jaki lub stadka, obrośniętych już zimową sierścią koni. Każdą przemyka, co jakiś czas przygarbiona Mongołka w jaskrawym deelu lub wracające ze szkoły przyjaciółki, z wpiętymi we włosy białymi kokardami. Zazwyczaj jednak miasteczko spowija cisza i bezruch. Cisza, w której słychać szum skrzydeł czarnych kruków i bezruch zakłócany jedynie nieśmiałą grą modrzewiowych igieł na wietrze. Rozpędzające się nad jeziorem podmuchy, ciskają bez litości, drobny pył w zakurzone belki ogrodzeń i pukają do zdobionych blaszanych bram. Tylko po tych bramach samotny wędrowiec, ma szansę odnaleźć w labiryncie, cel swojej podróży. Łuszczące się farby – oliwkowa, turkusowa, musztardowa i biała, porudziałe już lekko ze starości, hipnotyzują od pierwszego spojrzenia. Wodzą wzrok na pokuszenie po liniach fantazyjnie zaplecionych wzorów, skrzypiąc niekiedy złowieszczo, przygięte do ziemi pod ciężarem zapewne wielu mroźnych zim i ulewnych deszczy. A może po prostu zmęczone samotnością, podczas wolno budzących się poranków, szybko zapadających ciemności oraz długich dni, które spędzają odwrócone plecami do życia, wypełniającego podwórka i wnętrza rozgrzanych domów. W zamyśleniu zapatrują się wtedy na taflę jeziora, obserwując jak z każdą mijającą godziną, stroi się w szaty o innym odcieniu błękitu. O brzasku sprawia wrażenie nieco wyblakłego, jakby wciąż przecierającego, zasnute porannymi mgiełkami oczy. W południe z godnością pręży intensywnie granatowe fale lub wystawia do słońca turkusową powierzchnię, popisując się przed żółto-zielonymi modrzewiami. Pod wieczór, znużone podmywaniem niskich, trawiastych brzegów i wciskaniem się pomiędzy belki starego, spróchniałego pomostu, szarzeje delikatnie, by w nocy odbijać już tylko blask tysięcy gwiazd. Gdy mrok, otulać zaczyna Hatgal wychłodzonymi, czarnymi ramionami, wszystkie domy zdają się tulić do siebie nawzajem, białawymi strużkami dymu z kominów, życząc sobie dobrej nocy. Każdy z kolorowych za dnia dachów, zdaje się być identyczny, a strzegącym ich bramom, pozostaje już tylko żal, za kolejnym złuszczonym fragmentem blaknącej farby.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s