Na Wschodzie

Podczas ostatecznych przygotowań do podróży, zawsze najwięcej czasu zajmuje mi wybór książki, którą włożę do spakowanego plecaka. Kilka razy zmieniam zdanie, przeszukując regały i inne zakamarki mojego pokoju, w poszukiwaniu tej najwłaściwszej. Tym razem jednak na wyjazd do Mongolii, razem ze mną, czekał kupiony kilka miesięcy wcześniej ,,Wschód” Stasiuka. Gładziłam jego hipnotyzującą przyblakłym błękitem okładkę i w biegnącej aż po horyzont żwirowej drodze, widziałam swoją ścieżkę ku marzeniom. Czekałam na tą książkę niecierpliwie i tak długo wybierałam odpowiedni moment do wgłębienia się w pierwszą stronę, że nawet udało mi się poplamić ją truskawkowym jogurtem, w drodze na północ kraju. Ale warto było! Każdy rozdział jest magiczny. Śledziłam je zachłannym wzrokiem, jeden po drugim, z ołówkiem w ręku, podkreślając nierówną linią piękniejsze fragmenty. Pomyślałam, że może i Was urzeknie stasiukowy sposób patrzenia na ten kraj.

,,Pomyślałem, że dobrze by było przejść kiedyś ten kraj na piechotę. Żeby nic nie umknęło, żeby go dotknąć w skali jeden do jednego, jakby się szło przez mapę plastyczną naturalnej wielkości. Po prostu. Bo nie ma się co oszukiwać, że się go dotknie naprawdę. To zawsze będzie mapa, ale coraz większa, coraz bliższa skóry”.

,,Na tysiąctugrikowym banknocie wyobrażony jest z jednej strony Temudżyn, a z drugiej jego wędrowny pałac. Na ogromnej czterokołowej platformie rozbita jest ogromna jurta. Ciągnie ją zaprzęg złożony chyba z trzydziestu wołów. Z tyłu stąpają wielbłądy i wloką następne splendory. Władza się przemieszcza. Nie musi zostawiać materialnych znaków, ponieważ jest ideą, która wypełnia przestrzeń. Od oceanu do oceanu. Władca odchodzi i w miejscu, gdzie obozował, natychmiast odrasta trawa i znów jest tak, jak było przed stu, przed tysiącem lat. To mi imponowało w tym kraju: teraźniejszość, która sięgała najdalszej przeszłości”.

,,Tylko, że nie powinna się nazywać Tajna historia, tylko W drodze. Jadę bez przerwy, bez przerwy się przemieszczają, wyruszają i przybywają, ścigają, dopadają, powracają, nie zsiadając z siodła, posilają się suszonym mięsem i kumysem i znów puszczają się w kłus, w galop przez to powietrze z widzialnością na pięćdziesiąt, na sto kilometrów, przez tą przestrzeń, która nie stawia oporu i dlatego wydaje się, że można dotrzeć na kraniec świata i wielu rzeczywiście przed siedmiuset lat dotarło”.

,,Cegły leżały jednak krzywo, a zaprawa ściekała burymi kluskami. Nie potrafili budować miast. Nie potrafili w nich żyć. Widać było gołym okiem, że gdy stają stają wśród murowanego, tracą siłę. Ktoś robi im krzywdę, wznosząc te betonowe osady i namawiając, by się do nich przenieśli”.

,,Zdjęli swoje deele i z uśmiechem zaproponowali, byśmy zrobili sobie w nich zdjęcia. Długie do kolan szat były ciężkie od owczego tłuszczy, dymu i tych wszystkich rzeczy, których trzeba w życiu dotknąć. Były żółte, jedwabne. Potem gdzieś zza horyzontu zjawił się trzeci. Miał na sobie tylko gatki, cwałował bez strzemion, był pijany i szczęśliwy. Wjechał do płytkiej, słonej wody i spadł z konia. To uszczęśliwiło go jeszcze bardziej. Wdrapał się na siodło i coś do nas krzycząc, pognał z powrotem w stronę widnokręgu”.

,,Cały kraj pachniał zwierzętami. Wychodziły zza wzgórz. Stały pod mostami ukryte przed słońcem. Leżały stadami w poprzek drogi. Owce, kozy, wielbłądy. Nie było przy nich ludzi. Czasami jeździec w oddali. No więc nie trzeba się było myć. Bo niby dla kogo? Dla jaków? Wziąłem za dużo ubrań. Wziąłem bardzo mało, ale i tak za dużo”.

,,Tylko w Ułan Bator trzeba się było przebierać. Przesiąkał człowiek po paru godzinach zawiesiną cywilizacji. Kurz pomieszany ze spalinami. Uliczni sprzedawcy kart telefonicznych i papierosów mieli na twarzach maseczki przeciwpyłowe z żółtawymi plamami wokół ust. Wiał wiatr, ale nie dawał rady tego rozpędzić. Był za słaby. Wystarczał na step, na pustynię, ale tutaj nie miał siły. Nagrzany, popękany beton. Trąbienie. Trudno było przejść”.

,,Nic. Po prostu nic. Jakbyśmy byli sami na świecie. I żadnego lęku. Gdzieś była Rosja, gdzieś były Chiny. Leżałem w mroku, w samym środku nocy, wewnątrz bezkresnej przestrzeni. Była bezpieczna, tylko trochę chłodna. Wyobrażałem sobie czarny horyzont. Można było wstać, wyjść i ruszyć w jego stronę, i aż do świtu niczego by się nie napotkało. Trochę kamieni, kości zwierząt, żadnych przeszkód. Rozsuwało się zamek namiotu albo otwierało drzwi jurty i zaraz za progiem zaczynało się coś w rodzaju nieskończoności. Żadnych ścian, żadnych murów, żadnych zakłóceń widnokręgu. Wszystko, co pionowe, było wytworem natury.”

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s