Z pamiętnika…

Od samego rana mam marzenie. Chodzi za mną w prawdzie już od wczoraj, ale dziś natarczywie nie daje o sobie zapomnieć. Próbowałam je udobruchać słodkim rogalikiem maczanym w herbacie, a nawet gorącą kawą w czarce, ale się nie dało! Wystarczyło mi jedno spojrzenie w lustro i wiedziałam, że po prostu muszę w końcu umyć włosy! Na nic się już zdadzą fantazyjne próby ich upinania, plecenie warkoczyków i kolorowe spineczki. Potrzebna mi woda i szampon. Rozejrzałam się po domu, w którym w roli łazienki występuje lustro i baniak z wodą, po czym zebrałam się na odwagę, by wyłuszczyć tę kobiecą sprawę mamie Tumee. Dogadałyśmy się niemalże bez słów. Po chwili woda wesoło szumiała w turkusowym czajniku, a ja z szamponem i ręcznikiem na kolanach, przykucnęłam nad wielką, żeliwną miską. Nim woda zdążyła się na dobre zagotować wpadła oczywiście Fanka. Pogrzebała w pojemniku z ciasteczkami, zjadła kilka łyżek dżemu, przyjrzała się moim rozpuszczonym włosom, a następnie obie panie przystąpiły do pracy zespołowej. Jedna trzymała misę, druga nabierała parującą wodę niebieskim wiadereczkiem i polewała mi głowę, a ja pochylona nad trzecim naczyniem szorowałam niesforne kosmyki. Zachlapałyśmy połowę podłogi w kuchni, na której widniały teraz białawe plamy z piany i pomarańczowe kropki lepkiego szamponu, ale uśmiechy nie schodziły nam z roześmianych twarzy. Czułam się jak nowonarodzona bogini! Gdyby tak jeszcze prysznic… Ale o takim luksusie nie śmiałam, na razie nawet wspominać. Co za dużo, to niezdrowo! Usiadłam więc przy stole, zapatrzyłam się na chmury sunące po błękitnym niebie i delektowałam drobnymi kropelkami wody, skapującymi z mokrych włosów na kolana…

Dwa dni później skończyła się woda. Ale za to spadł śnieg. Mogłam teraz bez wysiłku wychylić się przez okno mojego drewnianego domku, rozetrzeć w dłoniach trochę zimnego puchu i przeprowadzić poranną toaletę praktycznie nie ruszając się z łóżka. Przy niedzieli jednak, mój chłopak postanowił się nade mną zlitować i zaproponował wycieczkę pod prysznic. Dosłownie! Założyliśmy wygodne, zimowe buty, kurtki, czapki, zapakowaliśmy plecak i ruszyliśmy do ,,centrum”. Przedzieraliśmy się  przez śnieżne zaspy, przeskakiwaliśmy przez zamarznięte kałuże i ślizgaliśmy się po oblodzonych koleinach. W końcu stanęliśmy u celu naszej podroży – dużym, pomalowanym na pomarańczowo budynku, przeszklonym od frontu. Przy wejściu wręczono nam klapeczki, stosownie do płci, w kolorach różowym i niebieskim, uiściliśmy opłatę (ok.10zł) i drzwi do czystości stanęły przed nami otworem! Odświeżeni i pachnący wracaliśmy potem przez miasteczko do domu, dalej celebrować tak pięknie rozpoczęty dzień przy misce ryżu na mleku i Harrym Potterze, po mongolsku oczywiście… cdn.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s