Z pamiętnika…

Na drzwiach wisiała złota tabliczka z numerem 301. Złote były długie, ciężkie zasłony, zdobiony kandelabr pod sufitem, rama olbrzymiego lustra i tapeta wyściełająca ściany. Niby wszystko było w porządku, bo w końcu budynek nosił dumna nazwę GOLD HOTEL. Siedziałam jednak w rzeczonym pokoju w fotelu, piłam marną kawę z saszetki, chrupiąc czekoladowego herbatnika, w szerokim łóżku spało dwóch Mongołów, a za oknem sypał śnieg (choć wczoraj chodziłam jeszcze w bluzce na ramiączka). Na dodatek drzwi do łazienki się nie domykały, nie dostaliśmy kluczyka do pokoju i odkryłam, że zapodziałam gdzieś telefon. Albo muszę na nowo przewartościować swoje życie, albo nie pić więcej mongolskiego piwa o mocno niemiecko brzmiącej nazwie (choć wszyscy trzej panowie – Tumee, jego kumpel i kelner zgodnie twierdzili poprzedniego wieczoru, że na pewno jest mongolskie, a na dodatek ,,Number one in Mongolia!”).

Wieczór rozpoczęliśmy w knajpce z chińskim jedzeniem, w której jak zgodnie stwierdziliśmy dobra była tylko herbata. Aby zatrzeć nieprzyjemne wrażenia smakowe, postanowiliśmy pójść na piwo. Uznaliśmy, że nam się należy, po ostatnich mocno stresujących dniach, spędzonych kontem u rodziny oraz niezliczonej liczbie niespodziewanych zwrotów akcji. W pubie leciały tylko piosenki Enrique Iglesiasa, na ścianie wisiało zdjęcie Johnnego Deepa, guziki koszuli kelnera miały kształt króliczków playboya, a po pierwszej butelce dołączył do nas kumpel, któremu podobno właśnie zmarła babcia. No to znowu się zaczyna…

Po drugim piwie, w kwestii muzyki nic się nie zmieniło, choć Bailando leciało już chyba po raz trzeci, Johnny Deep w dalszym ciągu kopcił, uwiecznionego na fotografii papierosa, a my prowadziliśmy ożywioną dyskusję na temat gwiazd sportu (kumpel podobno studiuje na odpowiedniku naszego AWF-u). Trzeciego piwa już nie było, bo panowie stwierdzili, że muszą jechać do domu kumpla, gdzie trwa rodzinne spotkanie, pomodlić się za zmarłą (kłamstwo miesiąca normalnie!). Zostałam elegancko okryta przez mojego chłopaka jego kurtką, odprowadzona pod drzwi z numerem 301 i pozostawiona z obietnicą rychłego powrotu, choć z dojmującym poczuciem, że coś tu jednak śmierdzi. O 3 w noc faktycznie wybudził mnie jakiś dziwny zapach. Chłopaki wcinali zupkę chińską! Przetarłam z niedowierzaniem zaspane oczy, licząc że to jednak sen. Ale w momencie, w którym jedna z tych zjaw sennych odezwała się głosem Tumee, oznajmiając mi, że kumpel śpi dziś z nami byłam już pewna, że to jednak koszmar.

Kumpel natomiast, spojrzał na mnie bezradnie-błagalnym wzrokiem, wobec którego mogłam jedynie rzucić mu w twarz po polsku, co o tym wszystkim myślę, mocniej obwinąć się kołdrą i wyszeptać do siebie już po angielsku, zdanie które usłyszałam od Tumee kilka godzin wcześniej: ,,Ola! This is Mongolia.” cdn.

Zrobiły mi się niestety zaległości, jak stąd do Polski, a zdarzenia nieubłaganie pędzą do przodu! Niech ta opowieść będzie dowodem na to, że znów trafiliśmy do UB, gdzie jest chyba jeszcze mniej przewidywalnie, niż w zaśnieżonym Hatgal 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s