Między jesienią a zimą

W mieszkaniu pachniało rano kadzidłem. Namierzyłam niewielki, spokojnie tlący się patyczek na szafce na buty, wychodząc na skąpaną w nieśmiałych słonecznych promieniach klatkę schodową. Na dworze pachniało już jednak tylko jesienią, a wspomnienie korzennej woni zniknęło za obłoczkiem zmrożonego oddechu. Przywitałam lekko marznące dłonie z uśmiechem na ustach i otulona grubym sweter z jaczej wełny, zanurzyłam się w budzące się do życia miasto. A wstawało dziś wyjątkowo nieśpiesznie. Po niebie wędrowały grafitowoniebieskie chmury, niepozwalające słońcu na ogrzanie szklanych wieżowców i ukrytych w cieniu chodników. Uliczni sprzedawcy papierosów, słodkiej kawy w saszetkach i lizaków kulili się na swoich malutkich stołeczkach, naciągając szczelniej czapki na zaczerwienione od chłodu uszy, a ubrane w kolorowe puchówki dzieciaki szybkim krokiem zmierzały do swoich szkół.

Przysiadłam na skwerku, na którym młoda dziewczyna w czerwonym płaszczyku otwierała właśnie niewielką budkę z lodami – ostatni chyba przyczółek odchodzącego w pośpiechu lata. Jesień rozpychała się już bowiem, bez najmniejszego skrępowania, łokciami na boki. Odstawiła już pierwsze puste puszki z żółtą farbą, która skapywała teraz, z poukrywanych w zakamarkach modrzewi na szare, betonowe płyty i wypchanym do granic możliwości autobusem, pojechała na przedmieścia, przemalowywać drzewa na okolicznych wzgórzach. Gdy wróci, nabierze lodowatego powietrza w płuca i będzie dmuchać w kruche gałęzie, posyłając w krótki lot delikatne igiełki. W pośpiechu zamiecie jej jeszcze pod zaparkowane samochody, uważając by nie poślizgnąć się na pierwszych zamarzniętych kałużach. Podejrzewam, że nigdy nie starcza jej czasu, by po skończonej pracy przysiąść jeszcze na duże latte w mojej ulubionej kawiarni na rogu. Pewna siebie zima ma bowiem w zwyczaju wpadać bez zapowiedzi. Na przywitanie sypie resztkami zeszłorocznego, mokrego śniegu na zabieganą jesień, pokazując jej figlarnie język i pociągając w dół słupki wszystkich termometrów w stolicy. Wyciąga potem z kieszeni gruby pędzel i świeżą jeszcze jesienną farbę, pokrywać zaczyna cieniutką, białawą warstewką. Trochę czasu jednak upłynie, zanim zdecyduje się na najmodniejszy w sezonie odcień bieli. Wcześniej popróbuje, postraszy, zagra na nosie dobrodusznej jesieni, a czasem… zapomni o wielkich przygotowaniach, poda jej dłoń i podąży za złocistym rytmem miasta… Bo UB potrafi zaskoczyć i zaintrygować jak zapach egzotycznego kadzidła w najmniej spodziewanym miejscu, zauroczyć, rozczulić i zdobyć serce. Moje chyba już zdobyło 🙂 Czym? Wszystko w swoim czasie… cdn.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s