Witamy w Muron!

Była piąta nad ranem. Dookoła egipskie ciemności i -25oC. Od piętnastu minut, w labiryncie pokrytych cienką warstwą śniegu uliczek, szukaliśmy numeru trzydzieści pięć. A właściwie to kręciliśmy się w kółko…. Czworo pasażerów, stłoczonych na tylnym siedzeniu rozklekotanego mercedesa oraz kierowca ubrany w sprany błękitny deel, przekrzykiwali się nawzajem spostrzeżeniami: ,,trzeba było skręcić tam w prawo!”, ,,nie, nie jednak musimy zawrócić!”, ,,to już na pewno tu w lewo!” Nie było… Po kolejnych piętnastu minutach, trzech staranowanych studzienkach, dwóch obtarciach podwozia, jednym wystraszonym psie i kilku nie do końca kontrolowanych wirażach kierowca chwycił małą, podręczną latarkę, wyskoczył z samochodu i niczym bohaterski Spiderman rozpoczął…. wspinaczkę na drewniany, chybotliwy płot, oświetlony nikłym blaskiem reflektorów. W tym samym czasie ściśnięta pośrodku kobiecina zaczęła zgarniać z kolan współpasażerów opasłe torby i nieporadnie gramolić się do szeroko otwartych tylnych drzwi pojazdu. Wtuliłam się w miękki fotel,  ciaśniej owijając się szalikiem i przez zaparowaną szybę obserwowałam, jak kierowca z miną zwycięzcy otwiera furtkę od strony, pogrążonego w ciemnościach, podwórka i przepuszcza objuczoną tobołami babuszkę. Temperatura w samochodzie wyraźnie spadła, blaszana furtka zatrzasnęła się ze złowieszczym trzaskiem, prawy reflektor chyba dokonywał swojego żywota, a zarumieniony od chłodu kierowca mocniej zacisnął zbielałe palce na kierownicy. Ruszyliśmy dalej! Po dziesięciu następnych minutach straciłam rachubę w studzienkach, psach, wirażach, zakrętach… Straciłam też orientację, poczucie czasu i nadzieję, że taksówkarz naprawdę wie, gdzie znajduje się mój hotel. W momencie, w którym zatrzymaliśmy się przed komendą policji, zyskałam natomiast pewność, że chyba nie do końca się z Panem Mongołem zrozumieliśmy. On tymczasem, nieporuszony moim pełnym znaków zapytania wzrokiem, zamachał mi przed zmarzniętym nosem wystrzępionym kawałkiem papieru i wyskoczył z samochodu jak oparzony. W ciszy, zakłócanej jedynie pobrzękiwaniem dyndającego przy lusterku breloczka, zaczęłam się zastanawiać czy w przeciągu ostatniej godziny zdołałam już coś przeskrobać, ile mi za to grozi i czy w mongolskich więzieniach jest porządne ogrzewanie. Po chwili jednak kierowca wrócił bez żadnego wsparcia, listu gończego, czy choćby kajdanek więc uznałam, że tym razem mi się upiekło. Być może na komendzie mieli jedyną w mieście mapę, bo po dwóch minutach przeciągałam  już swój wielki, zielony plecak przez drzwi wejściowe całkiem eleganckiego hotelu. Miałam w nim poczekać do południa, na mojego przyszłego szefa, a tym samym na instrukcje i transport do docelowego miejsca zamieszkania. Czekałam do wieczora. Transportu nie było, bo okazało się, że w hotelu mam…. zamieszkać, a szef okazał się być… szefową w ósmym miesiącu ciąży! Witamy w Muron! 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s