Kanarkowy autobus i baran w pierogach, czyli witamy w Ułan Bator!

Autobus był żółty jak kanarek. Miękkie fotele obleczono błyszczącą tkaniną o barwie majowego bzu, a całości dopełniały dobrane pod kolor firanki w wersji mini i uśmiechnięty od ucha do ucha kierowca, który nie rozumiał ani słowa po angielsku (choć zapewne w jego odczuciu, to my nie rozumieliśmy ani słowa po mongolsku). Słońce świeciło już wysoko, pachniało baranem, a przez okno busa mignął nam jeszcze budynek lotniska i wielki napis ,,Chinggis Khaan”, gdy wyjeżdżaliśmy na kilkupasmową drogę prowadzącą w kierunku miasta. Wylądowaliśmy w Ułan Bator!

Na lotnisku w Ułan Bator pachniało…baranem!

Dwa wielbłądy, koń i krowa.

Po grubo ponad dobie w podróży, tułaczce przez kilka dworców i portów lotniczych -Pradze, Istambule i Biszkeku, oglądanych potem z góry, przez niewielkie okienka – aż w końcu po magicznych chwilach na pokładzie ostatniego samolotu, z gorącą kawą wypitą z widokiem na majaczące hen w dole, zaśnieżone szczyty Ałtaju, dotarliśmy do celu! Jesteśmy w Mongolii i ruszamy ku naszej wielkiej przygodzie! Ku bezkresnym stepom, dzikiej tajdze, przejrzystym wodom jeziora, gwiaździstemu niebu, trudzie, głodzie i chłodzie… A w przypadku Staszka także z nadzieją, że nikt z tej wyprawy nie wróci żywy, albo przynajmniej, nie w jednym kawałku! 😉 Na razie jednak kierujemy się do centrum stolicy, gdzie czekają na nas jedynie sznury trąbiących na siebie samochodów, spacerujące przy szosie krowy, wielki monument konia z rozwianą grzywą i…. wykute w brązie wielbłądy pilnujące porządku na jednym z rond? A może mi się to tylko przyśniło? Zmęczona, rozleniwiona przedpołudniowym słońcem i kołysana jazdą po nierównych, mongolskich drogach, zasypiam zaraz za rogatkami miasta…

Piąta nad ranem – metro w Pradze
Poranna kawa z widokiem na zachwycający Ałtaj 🙂
W kierunku centrum miasta!

Słoń z trąbą do góry. 

Gospodyni miała na imię Nassan, czarne zwiewne spodnie w srebrne indyjskie słoniki i studiowała kiedyś na Ukrainie. Usiłowała wydobyć z pamięci kilka rosyjskich, znajomo dla nas brzmiących słów, pokazując nam przestronne wnętrze dość dużego mieszkania, którego okna wychodziły na ruchliwą, główną ulicę i złoty budynek banku. Do wnętrza wpadało ciepłe światło, rozjaśniając i tak już delikatny błękit ścian, drewniana podłoga lekko skrzypiała, pod ciężarem układanych w stos bagaży, a szeroki parapet w kuchni aż kusił by przysiąść na moment i poobserwować rozbiegane i chaotyczne Ułan Bator. Spodobało mi się od razu! Tak mieszkanie, jak i samo miasto. Wyszliśmy na nagrzaną ulicę i ruszyliśmy przed siebie, prześlizgując się wzrokiem po ogorzałych twarzach mieszkańców o skośnych, ciemnych oczach, wysokich kościach policzkowych i pełnych policzkach. Zaledwie po kilku minutach pomyślałam, że Mongołki są niebywale piękne, co chwilę później potwierdziła także męska część naszej ekipy. Kobiety miały błyszczące, czarne włosy, smukłe sylwetki i jakiś tajemniczy, trudno uchwytny pierwiastek, który nadawał ich twarzom szlachetnego, przyciągającego wzrok, piękna. W stolicy Mongolii trwała złota jesień. Nieliczne drzewa obsypane były żółcącymi się w słońcu liśćmi lub powoli opadającymi na ziemię modrzewiowymi igłami. Na chodnikach siedziały babuszki, ubrane w tradycyjne kolorowe stroje (deele*), oferując drobne słodycze, papierosy i sosnowe orzeszki, na które trwał teraz sezon. Ruch wypełniał każdy zakamarek i skwer, który mijaliśmy, nie wspominając nawet o wartkiej, hałaśliwej rzece aut, pędzących przez skrzyżowania i niezważających na przechodniów, usiłujących przedostać się bezpiecznie na drugi brzeg. Tylko na głównym placu miasta (Sukhbataar Squere*)  było nieco spokojniej. Pod czujnym okiem opierającego się o mury parlamentu Chinggis Khaana, młodzi ludzie jeździli na rolkach i rowerach, a pomiędzy nimi  krążyli sprzedawcy ręcznie malowanych obrazków oraz nieliczni turyści z aparatami w dłoniach. Zewsząd jednak rozbrzmiewało nieustanne trąbienie niecierpliwych kierowców i nieznane nam szorstkie dźwięki języka mongolskiego.

Peace Avenue w popołudniowym słońcu
Wizytówka Ułan Bator – The Blue Sky Tower
Stolica tętni życiem!
Wszyscy spotykają się na Placu Sukhbataara!
Mongolska złota jesień…

Dinozaury i gołębie. 

Przez miliony lat leżały zagrzebane w gorących piaskach pustyni Gobi, by ostatecznie  – poskładane niczym prehistoryczne puzzle -zawędrować na podświetlane różowofioletowym światłem podesty Muzeum Historii Naturalnej*. Widniejący na bilecie wstępu przerażający Tyrannosaurus Rex, w zaskakująco niewielkiej i jedynej wystawienniczej sali, nie budził już tak wielkich emocji. Podobnie jak mój ukochany w czasach dzieciństwa Velociraptor, zastygły w nieco drapieżnej pozie na skrawku białego, jedwabnego materiału. Nieco rozczarowani, szybko zbiegliśmy po betonowych schodkach muzeum, by w promieniach powoli zachodzącego już słońca, obejrzeć jeszcze buddyjski klasztor Gandantegczinlen chijd *- jeden z najważniejszych ośrodków religijnych w kraju. Ale klasztor znajdował się w stanie oblężenia! Setki gołębi spacerowały między bielonymi stupami, przeszukując szpary między brukowaną kostką pod naszymi stopami, w poszukiwaniu zgubionych przez wiatr nasion i ziaren. Między klasztornymi budynkami pachniało kadzidłem i delikatnie tlącym się zielonym artsem (sproszkowanymi jałowcowymi igłami), nieliczni wierni w ciszy kręcili ciężkimi, modlitewnymi młynkami, a czasem zza rogu wyłonił się uśmiechnięty mnich w czerwonych szatach. Gandan leżał już poza ścisłym centrum, kawałek dalej zaczynał się już tzw. ger district, rozlewając się nieprzebranym morzem jurt po okalających miasto ze wszystkich stron wzgórzach. Tutaj kończył się asfalt, szklane budynki, drogie sklepy i powiem europejskości. Tutaj rządziła Azja i uwydatniały się kontrasty.

Nie taki ten Velociraptor groźny, jak go malują!
Nieco tu tłoczno!
Ułan Bator to miasto kontrastów
Złocące się w słońcu młynki modlitewne

Baran w pierogach.

Dzień dobiegał powoli końca. Na ulicach zapanował względny spokój. Chodniki zaczęły oddawać nagromadzone w ciągu dnia ciepło, błyskały neony sklepów, a trąbiący kierowcy dotarli już zapewne do domów i jedli z żonami kolację. Poszliśmy zjeść i my! Restauracyjka mieściła się na rogu ulicy, w tym samym budynku co nasze mieszkanie. W środku było praktycznie całkiem pusto, nie licząc dwóch kelnerek, obserwujących nas bacznie z rogu sali. W menu za to było jak najbardziej pełno – pełno barana… W zupie, z makaronem, z ryżem, (tsuivan)w całości (!!!), jako kiełbaski, mięsne kuleczki, pierożki (buudze) oraz placki (khuushuury). Do wyboru do koloru! Postawiliśmy na najbardziej popularne buudze i kilka puszek Coca Coli – tak dla bezpieczeństwa 🙂 Na ulicach było już całkiem pusto gdy otwieraliśmy okno w naszym pokoju, wpuszczając nieco rześkiego powietrza i odkręcaliśmy dwulitrową butelkę mongolskiego piwa Borgio… 🙂

Co by tu przekąsić?
Baran w pierogach i na makaronie 🙂

Fot. Jasiek Myśliński, Wojtek Nowiński i ja.

* deel – to tradycyjny mongolski strój, tak kobiecy, jak i męski, jest to rodzaj długiego, ozdobnego płaszcza, związywanego szerokim pasem

*Sukhbataar Squere- to centralny plan miasta, przy którym znajduje się budynek mongolskiego parlamentu, na placu stoi pomnik Sukhbataara, mongolskiego dowódcy z czasów wojny mongolsko-chińskiej w latach dwudziestych XIXw.

*warto wiedzieć, iż w paleontologicznych wyprawach na pustynię Gobi licznie uczestniczyli, (bądź nawet organizowali je) polscy naukowcy – na tablicach informacyjnych w muzeum często znaleźć można polskie nazwiska 🙂

*Gandantegczinlen chijd- klasztor założony w 1838r., zamknięty sto lat później w trakcie represji antybuddyjskich w Mongolii, wznowił działalność w 1944r, odnowiony i rozbudowany pozostaje największym ośrodkiem buddyjskim w kraju

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s