W kolorze mongolskiej podróży

W podróży przez Mongolię chłonie się każdy jej odcień i każdą z zatrzymanych w czasie chwil, gdy pokonując jej rozległe przestrzenie, każdy ze środków transportu, to zupełnie inna historia.

Fot. J.Myśliński

75 km od Ułan Bator. Tuż za rogatkami miasta, widoku nie ograniczają już błyszczące wieżowce i przykurzone, nieotynkowane ściany bloków. Zrobiło się pusto… – droga aż po horyzont, step aż po stoki łagodnie zaokrąglonych wzgórz i góry aż po strzępy białych chmur. Migający za oknami busika krajobraz, jest niczym malarska paleta barw, rozmazywanych lekko chaotycznymi ruchami pędzla. Szarości, beż i wypłowiałe brązy całkiem niespodziewanie przechodzą w piaskowe żółcie, oliwkowe zielenie, czerwień, a nawet przytłumiony fiolet i blady róż. Jest pięknie – w promieniach przedpołudniowego słońca pędzimy, prostą asfaltową drogą, niknącą gdzieś daleko za rozmytym horyzontem. Do czasu jednak. Gdy nasz ciemnoturkusowy busik gubi na poboczu pasek klinowy, a chwilę później zaczyna szwankować jeden z elementów chłodnicy, przesuwające się za oknem obrazy, zatrzymują się niespodziewanie, jak po naciśnięciu przycisku ,,stop”. Kierowca znika pod samochodem, a my rozsiadamy się na intensywnie pachnącym stepie i słuchając gry mongolskich, olbrzymich świerszczy spędzamy w tym bezruchu następne trzy godziny…

Czerń i granat

Kilkanaście miesięcy później znów siedziałam na poboczu drogi prowadzącej z Ułan Bator na północ kraju. Zaczynało robić się ciemno, a umazani od stóp do głów czarnym smarem pomocnicy kierowcy, już od kilku dobrych minut, walili metalowym prętem w popsuty autokar. Miało to podobno pomóc, ale nie działo się nic. Tak jak przez minione pięć godzin… Chłopcy na przemian drapali się po głowach, zamyślali, sięgali po coraz to nowe narzędzia, z wyrazem triumfu na twarzach zanurzali w odmęty autobusowego silnika, by po chwili z ciężkim westchnieniem przyjąć gorycz kolejnej mechanicznej porażki. Nikt z podróżnych nie okazywał jednak zniecierpliwienia. Wręcz przeciwnie, zdawało się wręcz, że to najbardziej codzienny z problemów. Moi mongolscy współpasażerowie w spokoju, ubrani w ciepłe jesienne deele i z papieroskami w dłoniach, leżeli na trawie wpatrując się w przestrzeń, niekiedy zamieniali kilka słów, wybuchali na moment gromkim śmiechem i znów zapadała cisza. Na delikatnym wietrze powiewały błękitne chadaki (zwykle jedwabne szarfy przywiązywane na drzewach, kopcach owo i w domach) okolicznego owo (kopce usypane z kamieni, często także z kości zwierząt, ozdabiane chadakami – element wierzeń szamańskich), gdzieś w oddali zakrakał kruk, a na ciemnym niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, nadając mu barwę głębokiego granatu. Znów było pięknie…

Fot. J.Myśliński
Fot. J.Myśliński
Fot. J.Myśliński

Zieleń i szarość

Marzyłam o tych, zatrzymanych w czasoprzestrzeni poboczach i tym wolnym od miejskich odblasków niebie, za każdym razem, gdy ściskając się z moim wielkim zielonym plecakiem na siedzeniu publicznego autobusu, przyglądałam się przykurzonym ulicom stolicy. Lubię to miasto i lubię nawet tą jego szarość – inną na nierównych chodnikach i pełnym kolein asfalcie, na wysokich blokach i schodach milczących półpięter, na płytach centralnego placu, pomniku Czyngis Khana i metalowych, rzeźbionych źrebakach schowanych na jednym z podwórek. Tylko te korki! Nieprzerwany strumień aut, trąbiących kierowców i spalin wślizgujących się do wnętrza pojazdu każdą najmniejszą szczeliną.- Dajesz jakoś radę? Cała ulica stoi, a do centrum jeszcze kawałek! – spytała moja przyjaciółka Tsoogi, gdy w pięć osób, plus kierowca i oczywiście mój wielki zielony plecak, ściśnięci jak sardynki w rozklekotanej taksówce, usiłowaliśmy wydostać się z przedmieść. – Ja tak, ale czy Boogi daje radę!? – odparłam, spoglądając z troską na kolegę, którego kolana dawno już musiały zdrętwieć pod moim ciężarem – Chi zuger uu? – spytałam – W porządku? – Zuger, zuger – Odparł swym zwyczajem Boogi – Nie takie rzeczy się kochana robiło! Po godzinie, gdy dotarliśmy wreszcie do celu, uśmiech w dalszym ciągu nie schodził mu z twarzy, zarzucił na ramię mój wypchany plecak i wszyscy raźnie ruszyliśmy na gorący rosół z barana…

Biel i błękit

-Na co my właściwie tutaj czekamy? – spytał siedzący obok mnie Alex, usiłując zdrapać lód z przemarzniętej szyby samochodu – Ciężko powiedzieć – odparłam, wytężając wzrok by dojrzeć cokolwiek w panującej na zewnątrz śnieżnej zawierusze – Tak już tutaj jest, czekać trzeba, choć nigdy nie wiadomo na co i jak długo – Zauważyłem – roześmiał się Alex – zaraz się też na pewno okaże, że jak zwykle jest to coś absurdalnego. No i faktycznie! Czekaliśmy bowiem na….garnki! Staliśmy na poboczu głównej (i właściwie jedynej) drogi w Hatgal od dobrych trzydziestu minut. Na zewnątrz szalała śnieżyca, która nie tylko wszystkich zaskoczyła, ale i sparaliżowała ruch w całym miasteczku. Wracaliśmy z corocznego Festiwalu Lodu, odbywającego się na jeziorze, byliśmy wszyscy mocno zmarznięci, zmęczeni i głodni. Ledwo przedarliśmy się naszym mini-busikiem przez tonący w śniegu las, wymijając grzęznące w zaspach motocykle i maszerujące brzegiem jeziora…wielbłądy, by po dotarciu do centrum zatopić się w bezruchu oczekiwania – Zaraz przyjdzie tutaj moja siostra, żeby oddać nam brudne garnki po huushurah, kubki i pusty termos po herbacie, a potem pojedziemy na buudze do siostry mojego męża i poczekamy tam na Tumee – wyjaśniła całą sytuację Tuugsu. No i wszystko jasne! Kolejne pół godziny później otrzepywałam ręce z mąki, a pierwsza porcja własnoręcznie lepionych mongolskich pierożków dochodziła na rozgrzanym piecyku…

Następnego poranka po śniegu nie było już śladu – hulający całą noc wiatr rozprawił się z nim bez litości. Pędziliśmy osobowym samochodem po zamarzniętej tafli jeziora Khovsgol, wyprzedzając załadowane ciężarówki i ozdobne sanie, ciągnięte przez obrośnięte zimowym futrem koniki. Czerwone chorągiewki ciągnęły się, aż za majaczący w oddali cypel, wyznaczając bieg lodowej autostrady prowadzącej ku trwającemu już w najlepsze festiwalowi. Lód pod naszymi stopami był chropawy i intensywnie błękitny, tworząc odbijające słoneczne refleksy obrazy, których nie wymyśliłby żaden malarz.  Na mlecznobiałych, wyślizganych fragmentach, traciliśmy momentami przyczepność, zmierzając w kierunku najbliższych sań – moment na złapanie się drewnianych brzegów, opatulenie się kocami i ruszyliśmy z kopyta!

Czerwień

Ulaan, yagaan, huh – powtarzałam powoli za ubraną w różową czapeczkę towarzyszką podróży – Czerwony, różowy, niebieski. Huh, huh, yagaan, ulaan… Dziewczynka, wyciągała kolorowe drażetki z wielkiej, foliowej paczki, nie dając mi ani chwili na zastanowienie. Co chwilę kładła mi na dłoni jeden z cukierków, przy czym wszystkie czerwone od razu lądowały w jej roześmianej buźce. Potem ćwiczyłyśmy jeszcze nazwy elementów garderoby, zwierząt i części ciała. Za oknem ciągnął się step, gdy bus pędził piaszczystą, pełną kolein drogą, zaczynało się ściemniać, a na monitorze z przodu pojazdu od kilku już godzin leciał ten sam kabaretowy skecz. Przymknęłam oczy…

Fot. J.Myśliński
Fot. J.Myśliński

Haluun us, yagaan ayaga, powtórz! – powiedział Tumee, wyłączając gazową kuchenkę – Gorąca woda, różowy kubek – wymówiłam starannie nowe dla mnie słowa, chwytając za podawaną mi parującą już teraz herbatę. – Ulaan. Manai mototsikl ulaan! – Nasz motor jest czerwony! Faktycznie! Gdy ściągnęliśmy z niego wszystkie bagaże, przeznaczone na piknik nad jeziorem, odsłoniły się lekko przykurzone fragmenty karoserii w kolorze czerwonego wina. Ależ było zachwycająco! Niepozorny motocykl potrafił pokonać niemalże każdą terenową przeszkodę, pozwalając nam mknąć z zawrotną prędkością wzdłuż zachodniego brzegu jeziora. Chłodny, wrześniowy wiatr zaróżowiał nam policzki, gdy kilka kilometrów dalej wspinaliśmy się mozolnie krętą drogą na wysokie wzgórze. Co za widok! – Ola! Podejdź tutaj! To jest magiczne miejsce, musimy wziąć kilka kamieni i ułożyć z nich mały stos. Na szczęście…

 

Reklamy

2 thoughts on “W kolorze mongolskiej podróży

  1. Czesc,wybieramy sie z rodzina latem do Mongolii na 20 dni i szukamy kierowcy z samochodem, ktory moglby nam pokazac ciekawe miejsca . Czy znadz kogos godnego polecenia z kim moge sie skontaktowac? Bede wdzieczna za pomoc:-) Z gory dziekuje-Ania

    Lubię to

    1. Hej Aniu! 🙂 Przepraszam, za poślizg z odpowiedzią! Fantastycznie, że wybieracie się do Mongolii, to na pewno będzie niezapomniana podróż 🙂 Hmm, co do Twojego pytania, to mogę Ci polecić znajomego, który nam załatwiał kierowcę z samochodem. Z tym, że on z nami jechał jedynie na trasie Ułan Bator – Hatgal, ale mój znajomy ma biuro turystyczne, więc powinien pomóc. Napisz do mnie proszę na maila: ola.dabrow@wp.pl, to podam Ci szczegóły! Pozdrawiam bardzo serdecznie 🙂

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s