Włóczka w trzech kolorach

W Ułan Bator mieszkał z nami holenderski archeolog. Zajmował pojedynczy pokój z widokiem na dziedziniec i niewielkim balkonem, na który wychodził zakurzyć papieroska i pomachać nam, gdy zmierzaliśmy do poleconej przez niego restauracji, na kolację. W jego tymczasowym mieszkanku piętrzyły się stosy bliżej niezidentyfikowanych sprzętów i mikroskopijny stoliczek z książkami, a on sam prowadził badania w stolicy Mongolii już od ponad sześciu miesięcy. Znaczy badania prowadził chyba gdzieś poza miastem, ale tutaj, w wysokiej kamienicy w centrum, urządził swoją małą bazę dowodzenia, katalogując zbierane dane na nieco przestarzałym laptopie. Zapomniałam tylko zapytać nad czym pracuje, a może nie wzbudziło to dostatecznie mojego zainteresowania? Spoglądając bowiem przez kuchenne okno na ruchliwą ulicę, zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak to jest mieszkać w tym przedziwnym mieście, w sercu Środkowej Azji. Czułam się zaskoczona. Po pierwszym intensywnie spędzonym tu dniu, wiedziałam już że Ułan Bator, pod żadnym względem nie odpowiada moim mglistym wyobrażeniom, z którymi wylądowałam na lotnisku Czyngis Khana, poprzedniego poranka.

Słowa ,,azjatycka stolica” przywoływały przed moimi oczami obrazy, zaczerpnięte z podróżniczych magazynów i przeczytanych reportaży, pełne egzotycznego gwaru i kolorytu, turystycznych dzielnic z tłumami obcokrajowców oraz smaków i zapachów, mieszających się z nawoływaniem miejscowych sprzedawców pamiątek. Tutaj było zupełnie inaczej… Choć, jakby się nad tym zastanowić, to przecież w żadnym z tych źródeł, nie natrafiłam nigdy na materiał o mieście Czerwonego Bohatera ( jak z mongolskiego przetłumaczyć można nazwę stolicy). Największe miasto kraju gubiło się pomiędzy opisami rozległych stepów, kumysu i mieszkających w jurtach nomadów, sprowadzane do rangi nieciekawego punktu wypadowego. Ułan Bator, zatem było dla mnie do tej pory jedynie kropką na mapie, zagubioną gdzieś pomiędzy olbrzymimi połaciami, zajmowanymi przez Chiny i Rosję,  nazwą wyniesioną z lekcji geografii jeszcze w liceum, bo i na studiach jakoś nie znajdywało swego miejsca w tematyce wykładowych przedmiotów. Z pewną dozą ignorancji wrzuciłam je do jednego worka razem z Pekinem, Bangkokiem, Katmandu czy Hanoi. Tutaj jednak egzotyka, nie rzucała się zbyt natarczywie w oczy. Kryła się w tajemniczo skośnych, ciemnych oczach przechodniów, w deelach noszonych przez starszych mieszkańców, ukrytych w podwórkach przykurzonych elementach tradycyjnej architektury i ulicznym ruchu, pozbawionym jakichkolwiek norm i zasad. Czas płynął tutaj spokojnym, sobie tylko właściwym rytmem, pozostawiając gościa z odległej Europy, sam na sam z jego przemyśleniami  oraz przestrzenią na oddech i spojrzenie na otoczenie swoimi własnymi oczami. Ułan Bator w moich oczach zyskało miano miasta tak bardzo swojskiego, a jednocześnie w ulotny, niewytłumaczalny sposób tak innego, od tego co było mi dane zobaczyć do tej pory.

Z rozmyślań wyrwał mnie zapach kawy. Archeolog wyszedł z kuchni z kubkiem pełnym czarnej ,,budowlanki”, nie dając mi okazji do spytania, co on myśli na temat miasta, w którym słońce osiągało właśnie najwyższy punkt swojej codziennej wędrówki po niebie. Czas się zbierać! Nasz pokój nie wyglądał jednak, jakbyśmy byli w stanie ogarnąć wszystkie zgromadzone w nim pakunki w niespełna dwie godziny, pozostałe do odjazdu naszego kanarkowego busika na dworzec. Oliwkowe, wojskowe worki, na wpół zapakowane, leżały w nieładzie na podłodze pośród wielkich, podróżnych toreb, podręcznych plecaków i masy turystycznego sprzętu – karimaty, namioty, przeciwdeszczowe płachty, latarki, scyzoryki, menażki, zapasowe strzemiona, wędzidła i paczki specjalnie dla nas suszonej kiełbasy i warzyw. Nie byle jaka to w końcu wyprawa! Trzy tygodnie na końskim grzbiecie pośród pustkowi i tajgi północnej Mongolii. Jeżeli zdążymy się dopakować…  🙂

Z podwórza dobiegało donośne trąbienie! To kierowca ,,kanarka” poganiał nas do rzucenia ostatniego spojrzenia na puste już mieszkanie i zebranie się do drogi na zachodni kraniec miasta, gdzie czekał na nas bezpośredni transport do oddalonego o ponad 600 km Muron. Udało się! W naszym pokoju została już tylko słoneczna poświata, wpadająca do wnętrza przez ciężkie firany. Archeolog wynurzy się ze swojego pokoju, z pustym kubkiem po kawie i pudełkiem pełnym… kolorowych włóczek. Zielonej, żółtej i różowej. Odciął pokaźny kawałek od każdej, wręczył mi powstałe w ten sposób małe, mięciutkie motki i powiedział – To dla dzieciaków! Możecie im z tego zrobić bransoletki lub łańcuszki. No i bawcie się dobrze! Bon voyage!

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s