Na północ od Ułan Bator

15.00 Na Dragon Station panował gwar i ruch, spowalniany jedynie ostrym, popołudniowym słońcem odbijającym się w szybach i błyszczących karoseriach.

Taszczący, zazwyczaj niewymiarowe, bagaże podróżni lawirowali między rzędami rozklekotanych samochodów, załadowanych pod sam sufit busików i rejsowych autobusów, przyozdobionych migającymi od cekinów firankami. Wszyscy szykowali się do dalekiej drogi, do jednego z rozrzuconych na olbrzymiej mongolskiej ziemi, miast, a być może i jeszcze dalej – w step, tajgę, do oddalonego o setki kilometrów domu. Żegnali się z rodziną, robili ostatnie zakupy i dopychali w lukach bagażowych wielkie siaty, plecaki, kartony wypełnione słodyczami, opony, zwierzęce skóry…  Co chwilę przez zardzewiałą, pogiętą bramę, z głośnym chrzęstem leżących na ziemi kamieni, wtaczały się na teren dworca także pojazdy, kończące tutaj swoją trasę. Parkowały na którymś z odległych stanowisk, otaczane momentalnie przez chmarę taksówkarzy, gotowych zabrać zmęczonych i lekko wymiętych pasażerów w dalszą drogę, do zakorkowanego o tej porze centrum stolicy. Nad dworcem unosił się kurz oraz nieprzyjemny zapach samochodowych spalin, wymieszany z dobrze nam już znanym aromatem baraniego mięsa…

Dragon Station to jeden z kilku punktów przesiadkowych w Ułan Bator. Można tutaj złapać transport na zachód i północ kraju lub wynająć kierowcę z własnym mini vanem – niezniszczalnym wehikułem czasu, który w przeciągu kilkunastu godzin zabierze nas w świat pozbawiony zgiełku wielkiego miasta, tam gdzie kończą się asfaltowe drogi, hula stepowy wiatr, a noc jest czarna jak smoła. Bez pośpiechu jednak!

15.30 Pakowanie trwa! Kierowca z miną chłopca układającego w skupieniu puzzle, rozmieszcza nasze zielone, wojskowe worki i torby w wąskim bagażniku – układa, przekłada, dopycha, wciska i ugniata, ocierając co chwilę perlące mu się na czole krople potu. Jesteśmy chyba lokalną atrakcją, przyciągając ciekawskie spojrzenia gromadzących się wokół pojazdu młodzieńców, zajadających nudę kolejnymi porcjami gorących, parujących im jeszcze w dłoniach buudzy. Czekamy…

15.50 Do grona gapiów dołącza młoda dziewczyna z dzieckiem na rękach oraz lokalny mechanik, dzierżący w usmarowanych dłoniach klucz francuski. Chłopaki wyciągają kolejną siatkę z buudzami, a kierowca gdzieś znika. Czekamy…

16.15 Wyciągamy nasze kanapki. Tłum się nieco przerzedza, dziewczyna z dzieckiem na rękach pakuje się na przednie siedzenie, kierowca wraca z siatką pełnych baraniego mięsa ,,pierożków” i z wyrazem zmęczenia na twarzy siada na jednym z foteli, wyławiając z reklamówki dorodnego buudza. Na wyłożoną kwiecistym dywanikiem podłogę vana kapie tłuszcz…

16.30 Ruszamy! Zostawiamy w tyle dworcowy kurz, zardzewiałą bramę i lśniący czerwienią napis ,,Dragon Center”. Przed nami kilkanaście godzin w podróży do oddalonego o prawie 700 km Muron, gdzie czekać ma na nas Esee – nasz przewodnik. Po zamknięciu suwanych drzwi w busie robi się nieco duszno i tłoczno, bagaże wypełniają ostatnie skrawki wolnej przestrzeni, podskakując niebezpiecznie na wyboistej wylotówce, z głośników płynie mongolska muzyka, a nas nie opuszcza doskonały humor! Przyciskam nos do przybrudzonej szyby, gdy zostawiamy za sobą rogatki miasta. Bardzo jestem Ciebie ciekawa Mongolio…

 Z notatnika: 

,,Tuż za rogatkami miasta zaczął się step, a widoku gór nie ograniczały już przykurzone wieżowce i nieotynkowane ściany bloków. Zabudowa kończyła się powoli ustępując miejsca skupiskom niskich domków z kolorowymi dachami, a potem już wyczekiwanym jurtom. Nie były to jednak jeszcze pojedyncze, zawieszone w bezkresnej przestrzeni gery, lecz pewien miejski ich substytut – otoczone prostokątnymi, drewnianymi bądź murowanymi płotkami, ściśnięte na niewielkiej powierzchni, smutne…” 

,,Widzimy pierwszych jeźdźców i pierwsze stadka niewielkich wierzchowców, ciasno przytulających się do siebie w ochronie przed wiatrem, szukających wytchnienia od palącego słońca w opuszczonych przydrożnych zabudowaniach, skrytych pod rachitycznymi daszkami rozpadających się wiat.”

,,Step tylko z pozoru wydaje się monotonny, wystarczy jedynie zwrócić uwagę na detale – niewyraźną drogę ginącą za przełęczą, kamienne owoo obwieszone błękitnymi szarfami, ślad po korycie okresowego strumienia, samotnego wielbłąda… Step to również uczta dla oczu – paleta malarza o wyjątkowo bujnej wyobraźni. Dla gór o zachodzie słońca wybiera przeważnie odcienie szarości, beżu i przykurzonego brązu, które wyglądają, jak pięknie określiła to Mania – jakby ktoś wziął garść piachu i usypał z niego kopczyk. Płaskie podnóże gór, sprawia wrażenie jakby artysta raz za razem zmieniał koncepcję – decydując się z początku na stonowane płowe żółcie i oliwkowe zielenie, a dodając na końcu nieco ożywczych czerwieni, a nawet fioletów. Co kilometr step zachwyca i czaruje za każdym razem na nowo…”

17.45 75 km od Ułan Bator. Dalej nie pojedziemy… Busik gubi pasek klinowy i odłamane części zepsutej chłodnicy. Kierowca nurkuje pod samochodem. Przedwieczorne słońce grzeje nam twarze, step pachnie mieszanką aromatycznych ziół, rozgrzaną ziemią i wiatrem. Czekamy…

cdn.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s