Noc o zapachu barana

18.30 Złota godzina. Słońce niczym ognista pomarańcza, przysiadło na szczycie majaczącego na horyzoncie wzgórza, rozlewając po stepie złocistą poświatę i wydobywając ciepło barw jesiennych traw i spieczonej suchej ziemi.

Tuż nad rozgrzaną powierzchnią asfaltu, rozedrgane powietrze zamazywało kontury z rzadka pojawiających się aut i rozłożonych na poboczu narzędzi. Kierowca wynurzał się co kilka minut spod samochodu, wytrzepując zakurzone i umazane smarem dłonie, sięgał po równie zakurzony klucz bądź śrubokręt, zapalał kolejnego papierosa i znikał pod podwoziem, przy akompaniamencie złowieszczych chrzęstów i stukotów. Czekamy…

18.45 ,,Tea time!” Pod jednym z naszych turystycznych czajników płonie już niewielkie ognisko, rozbudzane drobnymi patyczkami, suchymi gałązkami i nieśmiałymi podmuchami wieczornego wiatru. Jeszcze kilka chwil i z metalowych kubków rozniesie się aromat czarnej kawy i owocowej herbaty, które zagryzamy słodkimi, twardymi jak kamień herbatnikami. Kierowca chyba daje za wygraną, siada tuż obok nas i z wdzięcznością przyjmuje parującą ,,budowlankę”. Pusto jest i cicho. Step milczy, jakby dawał nam szansę by rozpocząć tę podróż z jakimś większym skupieniem, by poczuć, że to nie sen, że jesteśmy tu naprawdę. Nie ma się gdzie spieszyć, trzeba usiąść na chwilę, chłonąć, wpatrywać się w pozorną pustkę, poczekać aż coś wydarzy się samo…

19.00 Pomoc nadjechała, gdy na dnie foliowej paczki po herbatnikach zostały już tylko okruchy i delikatnie maślany posmak w ustach.  Zdaje się, że nasz kierowca, siedzący do tej pory w zamyśleniu na poboczu, wykonał po prostu, tak zwany ,,telefon do przyjaciela”, a ów przyjaciel szperając właśnie w przepastnym bagażniku swojego auta, zabrał się do roboty! Znów coś zachrzęściło, postukało, uleciało w eter kilkanaście mongolskich słów i po ostatnim łyku, zimnej już kawy, ruszyliśmy dalej ku szarzejącemu bezkresowi nieba!</p>

19.30 Daleko nie ujechaliśmy… Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, na naszej drodze pojawia się… restauracja! Pośrodku niczego, ,,w polu” można by rzec! Kierowca z wyrazem ulgi na twarzy, ale i chyba pewnej dozy zakłopotania i niepewności, czy nasz europejski ,,plan podróży” jest tak rozciągliwy, jak kolorowa plastelina w przedszkolu, zaprasza nas gestem wciąż usmarowanych rąk, do środka. Wejście mamy, niczym groźny szeryf na Dzikim Zachodzie. Oczy wszystkich gości zwracają się na nas, a niewysoki kelner i jego dwie koleżanki wstrzymują na moment oddechy. Zaglądamy do menu. Napięcie rośnie, a nieświadoma niczego mucha uparcie rozbija się o przybrudzoną szybę, bzycząc przy tym zapamiętale. Hmm, co by tu wybrać? Zapisane cyrylicą, tajemniczo brzmiące nazwy potraw, nie ułatwiają niestety zadania. Nie ma rady, trzeba zamknąć oczy i wycelować na chybił trafił, przecież i tak będzie to baran! 🙂  Z pomocą przychodzi przestraszony kelner, kładąc przed nami chyba jedyną, lekko wystrzępioną i pomiętą, angielską wersję menu, a przez jego twarz przebiega cień mieszanki zabawnego triumfu i nerwowego oczekiwania. Tak jak można się było spodziewać do wyboru mieliśmy: zupę z baranią wkładką, baranie kiełbaski, gulasz z barana, baran w plasterkach czy pod postacią pierożków. O jest też wołowina! A nieee, niestety już się skończyła… Chyba czas zacząć się przyzwyczajać! Zamówiliśmy dwa dania na spółkę, na spróbowanie, przyjmując taktykę, że wroga należy poznać jak najlepiej! Z tą nową wiedzą ruszyliśmy już w niezakłócaną zbędnymi postojami drogę w głąb Mongolii, w noc czarną jak słoma, rozbrzmiewającą chrzęstem kamieni pod kołami i pachnącą…. baranem!

cdn.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s