Z miłości do błękitu

Kraina Błękitnym Pędzlem Malowana. Niekiedy delikatnymi ruchami, zostawiającymi ledwo widoczne smugi, a czasem stanowczym pociągnięciem maczanego w szafirowej farbie włosia. Mongolia – tam gdzie błękit ma wiele odcieni…

Które kolory lubisz? – spytałam Tumee, gdy przechadzaliśmy się wąskimi uliczkami targowiska w Muron, mijając co chwilę stoiska z belami barwnych materiałów i stosami poskładanych deeli – Czarny, brązowy, czerwony no i oczywiście niebieski. Niebieski lubię najbardziej. To dobry kolor…

Nie pytałam dlaczego, nie musiałam. Wystarczyło rozejrzeć się wokoło, by po pewnym czasie zacząć dostrzegać go niemalże wszędzie. W miejscach oczywistych, jaki i w z pozoru przypadkowych detalach, rozsypanych po mieście. Nie brakowało go nawet na rozległej przestrzeni stepu, w zakamarkach tajgi czy na górskich przełęczach. Mongolia to błękit. Zapraszam do przejścia przez bramę ku krainie o barwie nieba!

Мөнх Хөх Тэнгэрийн Орон, Kraina Wiecznie Błękitnego Nieba – tak o swoim kraju mówią Mongołowie, spoglądając na pojedyncze, leniwie przepływające nad ich głowami obłoki. Chyba mają rację, gdyż na palcach jednej ręki jestem w stanie policzyć dni, pozbawione tegoż błękitu, jakie przytrafiły mi się, w czasie mojego kilkumiesięcznego pobytu tutaj. Ciepłej jesieni, mroźnej zimie i wietrznej wiośnie, zawsze towarzyszył czysty kolor nieboskłonu, w który można było patrzeć, jak w dopiero co namalowany obraz, błyszczący jeszcze od świeżej farby. Wszystko dzięki geografii i zadomowionych nad Mongolią układach wysokiego ciśnienia, z niepodzielnie rządzącym w chłodniejszej połowie roku Wyżem Azjatyckim. W trakcie zimowych tygodni, niemalże każdego dnia budziło mnie słońce, które pomimo przenikliwego mrozu, niestrudzenie towarzyszyło mi w codziennych obowiązkach. Зүрхэн тэнгэрийн наран, Słońce jest sercem Nieba – tak o swoim kraju śpiewają Mongołowie…

Śpiewają jednak także, słowami swego hymnu: ,,... niech Niebo i Ziemia sprzyja Mongołom i czuwa nad ojczyzną…!„, bo jest ono czymś więcej niż tylko niezmierzonym przestworem barwy i drogą wędrówki słońca. Jest symbolem, opiekunem, Bogiem… Niebieski pas obecny na mongolskiej fladze, to właśnie Niebo, a w tradycji żywych tu jeszcze szamańskich wierzeń, stworzycielem ludzi jest Mongke Tengri – Bóg Niebios. – W co wierzysz zapytałam Tumee, zapatrzonego w płomienie wieczornego ogniska? – W świat Natury, w Niebo. My Mongołowie wierzymy przede wszystkim w Niebo…

,,Niebieski to ulubiony kolor Mongołów – symbolizuje niebo, przestrzeń i wolność!” Wyszeptałam do siebie, zasłyszany przed wyjazdem cytat, gdy wpatrując się w niewielkie owoo, słuchałam dźwięku targanych wiatrem chadaków. One też były niebieskie. Obwiązane, tymi jedwabnymi skrawkami materiału, kamienne kurhany widać było z daleka, choć pojawiały się one w miejscach nieprzypadkowych – na górskich przełęczach, szczytach wzgórz, cichych polankach, wszędzie tam gdzie w powietrzu czuć było magię, tajemniczą energię bądź ducha groźnego szamana. Dlatego obok owoo nie należy przechodzić obojętnie. Bogom trzeba się pokłonić, obchodząc usypisko trzykrotnie zgodnie z ruchem wskazówek zegara, podnieść z ziemi kamień, dorzucić go do stosu i przewiązać własną szarfę. Ważne by dać coś od siebie, może to być również kilka monet, zawieruszone w plecaku ciastko czy pudełeczko zapałek, możliwości są nieograniczone. Widywałam na owoo puste butelki, buty, drewniane szczudła, opakowania po czekoladzie… Zawsze jest tu również pełno… czaszek. Owcze, kozie, końskie, a nawet wilcze i niedźwiedzie, wzbudzają niepokój ciągle ostrymi rogami, pustymi oczodołami i pożółkłą, przykurzoną bielą. Mongolia przesiąknięta jest w dalszym ciągu szamańską tradycją, a błękitne chadaki, dostrzec można także na świętych drzewach, rzeźbionych głazach i pod dachami każdej z jurt czy drewnianych już domów. To na dobrą wróżbę i szczęście… 

,,Kobiety mongolskie noszą podobny chałat, jak i mężczyźni. Zwykle koloru niebieskiego (…)” przeczytałam w swoich notatkach zdanie wynotowane z jednej z książek słynnego eksploratora Mongolii, Bolesława Uryna i automatycznie uniosłam głowę znad zeszytu, rozglądając się po domu i jego mieszkańcach. Chałaty dziewczyn miały dziś akurat intensywnie malinowy kolor, ale już strój Boldo przeszywany był granatowymi nićmi, a Tumee przewiązywał akurat pasem szafirowy, ciepły zimowy deel. Ten tradycyjny, niezwykle piękny i praktyczny ubiór, noszony jest na współczesnej mongolskiej prowincji, praktycznie na co dzień, choć i w miastach nie stanowi rzadkiego widoku. Zdobią go błyszczące, drobne guziczki i zwykle kontrastujące z całością obszycia szerokich rękawów i kołnierza. Deel gromadzi w sobie i przechowuje zapach całej Mongolii. W ciemnoniebieskim jesiennym deelu Tumee, wygrzebanym z dna wielkiej skrzyni, krył się aromat jałowcowych gałązek spalanych w ognisku, stepowego wiatru, pieczonego w jurcie chleba z dodatkiem jaczego masła i końskiej sierści, której ledwo widoczne brązowe pasemka chowały się w dalszym ciągu w zagłębieniach materiału. – Ola! Podejdź tutaj, mamy dla Ciebie prezent – powiedział Boldo, zaglądając do znanej mi już pomarańczowej skrzyni. Po chwili trzymałam już w rękach równo złożony i jedwabisty w dotyku deel! Mój własny! Łzy szczęścia i wdzięczności stanęły mi w oczach. Miał kolor morskiej wody…

Mongolska nazwa Jeziora Khovsgol, pochodzi z języka Tuva i oznacza ,,Jezioro o Niebieskiej Wodzie”. Od razu skradło mi ono serce! Była wczesna jesień, gdy po raz pierwszy zanurzyłam dłoń w jego lodowatej wodzie i wiedziałam, że będę wracać. Potem przyszły konne i motocyklowe wycieczki wzdłuż jego brzegów oraz malownicze zachody i wschody słońca, oglądane z przytulonego do jego południowych brzegów Hatgal. Byłam zakochana po uszy! Khovsgol to najgłębsze jezioro Mongolii, ukryte wśród modrzewiowych lasów najbardziej na północ wysuniętej części kraju. Rozlewa się aż po horyzont, kończąc się hen, aż pod rosyjską granicą, u stóp dostojnych Sajanów i górującego nad nim, ich najwyższego szczytu Munkh Saridag. Dlatego dla Mongołów to nie jezioro, to Dalai Eej – ,,Matka Morze”. Potężna, dostojna, piękna i tajemnicza. Czasem wieczorami, w zatłoczonej jurcie przy blasku ognia, udaje się namówić jednego ze starszych mężczyzn, by zaśpiewał pieśń o Jeziorze. O miłości do niego, strachu i nadziei, aby nigdy nie połączyło swych wód ze Starszą Siostrą – Bajkałem, z którym dzieli obecnie wijącą się niespiesznie nitkę rzeki Selenge.

Lubię tę samotność, którą znaleźć można na brzegu. Zazwyczaj jestem tam tylko ja i wiatr, gdy w zamyśleniu zapatruję się na taflę jeziora, obserwując jak z każdą mijającą godziną, stroi się w szaty o innym odcieniu błękitu. O brzasku sprawia wrażenie nieco wyblakłego, jakby wciąż przecierającego, zasnute porannymi mgiełkami oczy. W południe z godnością pręży intensywnie granatowe fale lub wystawia do słońca turkusową powierzchnię, popisując się przed żółto-zielonymi modrzewiami. Pod wieczór, znużone podmywaniem niskich, trawiastych brzegów i wciskaniem się pomiędzy belki starego, spróchniałego pomostu, szarzeje delikatnie, by w nocy odbijać już tylko blask tysięcy gwiazd… 

Z miłości do błękitu zamieszkałam więc w Muron nad Szeroką Rzeką. Miałam tutaj pod dostatkiem, teraz już i mojego ulubionego koloru. W niebieskich siatkach przynosiłam do domu zakupy, spacerowałam wzdłuż niebieskich płotków i patrzyłam na niebieski budynek centrum sportowego, przy jednej z głównych ulic. We wróżbie na Nowy Rok Małpy, usłyszałam jednak: ,, Wysypiaj się dobrze, nie martw za dużo, nie kupuj szczeniaków i nic niebieskiego!”. Ale jak to? To przecież niemożliwe! Zrozumiałam dopiero po chwili, że przecież nic już nie potrzebuję, bo błękit mam w sercu… 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s