To co widać z kuchni na parterze

W Ułan Bator powiało chłodem. Październikowe dni były coraz krótsze i bardziej pochmurne, a samo miasto zaczęło pokazywać swoje drugie oblicze. Oblicze pozbawione turystycznych aspiracji i ukryte w wąskich uliczkach oddalonych od centrum blokowisk.

To prawdziwe i codzienne, ściągające zdecydowanym ruchem różowe okulary z moich oczu, które przecież tak wcale nie dawno udało mi się założyć. Z drugiej strony jednak takie, które wpadając do UB na chwilę niełatwo dostrzec. Można jedynie podejrzewać. Uciec ze stolicy w stronę tej ,,prawdziwej” Mongolii, pełnej pięknych krajobrazów i unikalnej kultury, z przeświadczeniem, że zakorkowane i hałaśliwe miasto o wyraźnie socjalistycznej powierzchowności, kryje w sobie problemy, których może nie warto zgłębiać. Kiedy jednak wpada się na nie z pełnym impetem niosących cię wydarzeń, nie można ich przemilczeć. W tej dziwnej roli turysty, który chciałby być miejscowym i obserwatora, który oddając Mongolii serce, nie umie być do końca obiektywnym. Pragnie jednak zrozumieć, zrobić nieśmiało kilka kroków w głąb, a może po prostu zacząć otwierać oczy na kraj, który nie jest ani lepszy ani gorszy od innych – jest sobą, w pełnym wymiarze piękna i niekiedy odartej z uroku codzienności.

Obskurny budynek miał na długiej bocznej ścianie biały, zygzakowaty wzorek, który od razu skojarzył mi się z opakowaniami greckiego sera feta. Wąskiej i stromej uliczce daleko jednak było do słonecznych wybrzeży Morza Śródziemnego. Wspinaliśmy się nią od kilku minut, wdychając zawieszony w powietrzu kurz, pokrywający także grubą warstwą okna i wyblakłe szyldy w sklepowych witrynach. Nie licząc kilku bezpańskich psów i starszego mężczyzny w wymiętej czarnej kurtce, byliśmy sami. W jakimś dziwnym pośpiechu zeszliśmy na opustoszały dziedziniec, zostawiając za plecami grecki ornament i ruchliwą, główną ulicę, na którą dowiózł nas miejski autobus. Zrobiło się cicho. Przyglądając się wysokim ścianom otaczających mnie bloków, pomyślałam że Ułan Bator to labirynt. Jakże łatwo zgubić się w plątaninie betonowych uliczek, pozbawionych zieleni dziedzińców, rzędów klatek schodowych i zabrudzonych zaułków. Bardzo łatwo… Stanęliśmy na końcu piaszczystej ulicy przegrodzonej wysokim drewnianym płotem, ponad którym wyrastały skupiska kolejnych równie starych i podniszczonych budynków. Nie było jak przejść dalej…

Nowoczesne centrum Ułan Bator otaczają połacie, utrzymanych w typowo socjalistycznej architekturze, blokowisk z wielkiej płyty, które zaczęły zastępować jurtowiska w latach 50-tych XX w. Wtedy to rozpoczęło się intensywne tworzenie prawdziwie miejskiej tkanki mongolskiej stolicy, odwracającej się powoli od nomadycznej tradycji, a zerkającej naprzód ku tej urbanistycznej, pełnej wyasfaltowanych ulic i życiowej przestrzeni podzielonej na pokoje i piętra. Finansowane przez Sowietów, a stawiane w niektórych miejscach także i przez Polaków osiedla, z największą intensywnością zaczęły wyrastać nad rzeką Tuul głównie w latach 60-tych i 70-tych. Zapełniały puste przestrzenie po niszczonych w czasach antyreligijnych nastrojów świątyniach i przytłaczały monumentalnością nieliczne pozostałości buddyjskiej architektury, do dziś skrytej w cieniu coraz bardziej błyszczących wieżowców.

Wuj Tumee mieszkał na parterze. Przez zakratowane okna malutkiej, zapyziałej kuchni widać było porośniętą skąpą trawą górę piachu, a dalej płot który kilka chwil wcześniej zagrodził nam drogę. Klatka schodowa pomalowano, chyba najpopularniejszą tutaj turkusową farbą, która wielkimi płatami schodziła z zawilgotniałych ścian, odsłaniając kruszący się tynk. Wujek po zdawkowym powitaniu, zaległ na kanapie przed telewizorem owijając się w koc i kazał nam czuć się jak u siebie. Nie czułam się tam jednak ani jak u siebie, ani mile widziana, a i Tumee zdawał się spięty i podenerwowany. Nie zwlekając nastawił jednak wodę na herbatę i położył na chybotliwym stoliku napoczętą paczkę ciastek. Biorąc w dłonie nagrzewającą się porcelanę poczułam się odrobinkę lepiej, mogąc przy okazji uspokoić rozbiegane myśli i oddech, pamiętający jeszcze szybki marsz osiedlowymi zaułkami. Mieszkanie było nieduże i mogłoby być nawet przytulne – ściany miały ciepły morelowy kolor, nad pięknym rodzinnym zdjęciem wisiała porządna gitara, schowany w rogu regał wypełniały książki, a na podłodze leżał miękki dywan w kolorze czerwonego wina – zdecydowanie jednak było zaniedbane. Zabałaganione i zakurzone. Przygnębiające ciszą, zapełnianą jedynie szmerem telewizora i pomrukami znudzonego pana domu. W sąsiednim pokoju na stercie szmat spał ciemnowłosy maluch o usmarowanych policzkach, a w kącie bawił się jego kilka lat starszy brat. Nieśmiało wziął z moich rąk czekoladowego ,,michałka” i skrył się w rogu pokoju, unikając odpowiedzi na pytania o imię i wiek. Nie znałam tej rodzin, a jednak patrząc na smutne oczy chłopca, miałam poczucie, że jest to dom pozbawiony szczęścia…

Od pierwszych moich dni w Ułan Bator, żyłam niegasnącym zachwytem nad tym miastem i nad ludźmi, którzy nadawali mu żywych barw. Patrzyłam na dominującą szarość budynków i zakorkowanych ulic przez pryzmat tych spotkań, nie widząc w słynącej z brzydoty stolicy nic nieładnego. Wręcz przeciwnie, stawała się jednym z bliższych mi miejsc, wręcz utopijnie idealnych. Daleko od świata, który znałam. Daleko od niedoskonałości, których w nim nie akceptowałam. Ciasna kuchnia pokoju na parterze była moim pierwszym zimnym prysznicem. Odłamkiem rzeczywistości, która współistniała z obrazem tej już istniejącej w mojej świadomości. Musiałam zacząć ją dostrzegać, by dalej iść w stronę jej rzetelnego poznania, a kiedyś może i zrozumienia.

– Tata prosił żebyśmy tutaj zajrzeli – odezwał się Tumee, wyrywając mnie z zamyślenia – poczekamy na ciocię, a potem wrócimy do centrum. Nie lubię tego miejsca – dodał jeszcze półgłosem – rzadko tu bywam, ale cieszę się że mogę porozmawiać z bratem. O, właśnie przyszedł! – żywo zareagował na szczupłego nastolatka, wchodzącego właśnie do mieszkania z paczką nowych ciastek i batonikami dla braci. Przywitali się serdecznie, brat o imieniu Tulga podał mi z uśmiechem rękę, a potem usiedliśmy na podziurawionym materacu, sprawującym w mniejszym pokoju rolę kanapy. Chłopaki pogrążyli się w rozmowie, z której w stanie byłam wyłapać niestety tylko co piąte słowo. Postanowiłam zatem przenieść się do kuchni, dopić letnią już herbatę i pozwolić myślom płynąć w dalszym ciągu, w sobie tylko znanym kierunku.

Ułan Bator przyciąga jak magnes ludzi ze wszystkich zakątków kraju. Przyjeżdżają tutaj za edukacją, marzeniami o miejskim życiu, za pracą lub z braku innej perspektywy, gdy ciężkie warunki pogodowe dziesiątkują ich stada. O zatrudnienie jednak niełatwo. Wskaźnik bezrobocia w Mongolii w 2015 r. osiągnął w stolicy prawie 9,5%. Spośród niezatrudnionych ponad 60% to mężczyźni, którzy jak udało mi się do tej ustalić nie za bardzo kwapią się do poprawienia tej sytuacji. Dominuje przekonanie, że po co szukać skoro wiadomo, że ciężko zaleźć. Jak trąbią mongolskie serwisy internetowe niska zaradność mężczyzn i topienie frustracji w alkoholu, to główna przyczyna rozpadu małżeństw w Mongolii, których z roku na rok notuje się coraz więcej…* Nie to żebym miała coś przeciwko mongolskim mężczyznom, bo Ci na których trafiałam do tej pory są cudownymi ludźmi. Historie jednak niestety słyszałam różne…

Przykro było patrzeć na Tulgę, który zerwany z kanapy rozdzierającym płaczem najmłodszego braciszka, zakasał rękawy i zabrał się do prac domowych. Na jego biurku leżał otwarty słownik mongolsko-angielski i kilka zeszytów. Ile czasu starcza mu na naukę, gdy opieka nad rodzeństwem zajmuje mu większość popołudni? A zajmował się nimi z prawdziwą troską i uczuciem, byłam pełna podziwu. Wujek natomiast, tylko pokasływał i zmieniał kanały, nie ruszywszy się od paru już godzin z kanapy. Zabraliśmy się do pracy i my! Tumee za zmywanie góry naczyń piętrzących się w zlewie, a ja za podjęcie kolejnej próby nawiązania nici porozumienia z Ganą, który opuściwszy swój kącik, dał się w końcu skusić na wspólną zabawę tym co było akurat pod ręką – dwoma nadłamanymi samochodami, czterema klockami i…. kilkoma słoiczkami z sosami i musztardą, wyciągniętymi z lodówki. Zawsze zachwyca mnie jak niewiele dzieciom potrzeba do szczęścia. Tego malującego się nie tylko w uśmiechu, ale i w ich pełnych beztroski, w momencie zabawy, oczach. Zapamiętam sobie tę chwilę na długo, bo była jak słońce, wpadające do pogrążonej w półmroku kuchni na parterze.

Było już ciemno, gdy przez pomalowaną na turkusowo klatkę wyszliśmy na osiedlowy dziedziniec. -Chodźmy stąd – powiedział Tumee – przyspieszając kroku. Tuż przed wyjściem pokłócił się ostro z wujkiem, który z tej okazji wstał nawet z kanapy. Ciocia milczała, rozpakowując zakupy i uspokajając płaczącego malucha. Nie wiem o co poszło, nie chciał powiedzieć, zaznaczając jedynie, że chodzi o sprawy rodzinne. – Chodźmy – westchnęłam cicho, skręcając za nim w najbliższą uliczkę. Ciężko być obserwatorem, który jest więcej niż gościem, a mniej niż obcym…

*www.montsame.mn

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s