Nad rzeką skutą lodem

Termometr na lotnisku w Ułan Bator pokazywał -28 stopni Celsjusza. Opuszczając budynek gwarnego terminalu,  ciasno owinęłam się turkusowym, wełnianym szalikiem, czekając na uderzenie lodowatego powietrza, przesiąkniętego zapachem styczniowego mrozu

– Nie jest Ci zimno? – zerknęłam na Tumee, który w dłoniach nieokrytych rękawiczkami, trzymał mój plecak, a poły jego rozpiętej kurtki powiewały na delikatnym wietrze – Ugui – padła odpowiedź – Nie. Przecież to już końcówka stycznia, nareszcie robi się cieplej – dokończył, gdy zajmowaliśmy tylne miejsca taksówki, której kierowca studiował kiedyś w Gdańsku i znał kilka polskich słów. Z jego ust wydobywały się obłoczki pary, osiadającej chwilę później na przybrudzonych oknach samochodu. Przetarłam ciepłą dłonią jedno z nich i z czułością spojrzałam na zbliżające się z każdą minutą zabudowania mongolskiej stolicy. Sain baina uu – pomyślałam – Witaj. Jak dobrze być z powrotem…

Styczeń. Na północ od Ułan Bator

Siedząca obok mnie kilkuletnia dziewczynka, zdjęła różową czapkę, rozpięła kurtkę i wyciągnęła z kieszeni pełną kolorowych cukierków torebkę. Zagadnęłam ją nieśmiało, starannie wypowiadając mongolskie słowa powitania i kilku przełamujących barierę pytań. Saraa miała dziewięć lat i jak wszystkie tutejsze dzieci, przepiękne czarne oczy o migdałowym kształcie. Migały w nich zawadiackie promyki, gdy wyciągnęła w moją stronę drobną rączkę, pełną różnobarwnych żelków. Ulaan, yagaan, khukh, nogoon, shar… – czerwony, różowy, niebieski, zielony, żółty, rozpoczęła wyliczanie wrzucając do ust każdy z czerwonych. Malinowych, jej ulubionych. Nie minęła nawet godzina naszej wspólnej podróży, gdy zawartość paczki zamieniłyśmy na powiększenie mojego zasobu mongolskich słówek o pełną paletę kolorów.
Wyruszyłyśmy z dworca Dragon Center późnym popołudniem, z prawie godzinnym opóźnieniem. Autobus, stojący na pokrytej grubą warstwą lodu ziemi, przypominał nasze najbardziej wysłużone PKS-y i zapełniał się bardzo powoli. Niemieszczące się w luku bagażowym torby, siaty i kartony, wpychane były pod nogi i siedzenia pasażerów, a zgromadzone na nich płatki wilgotnego śniegu, topiły się w ciepłym wnętrzu, tworząc na podłodze wielkie kałuże. Tata Sary posadził ją obok mnie, tuż przy oknie, umieścił pod naszymi stopami kraciasty worek, a sam wybiegł na zewnątrz, jak się później okazało, po siatkę parujących hushuurów (tradycyjnych mongolskich pierogów lub placków z mięsnym nadzieniem). W oczekiwaniu na odjazd większość pasażerów postanowiła pójść jego śladem, wypełniając teraz wnętrze pojazdu baranim zapachem.

Spod Dragon Center wyruszyć można w północną i zachodnią część kraju, do Darchanu, Erdenet czy Karakorum. Czas podróży to niekiedy loteria, której warunki dyktują nieprzewidziane zawieje śnieżne, przechodzące przez drogę stada zwierząt, zerwane paski klinowe i psujące się pośrodku stepu silniki. Nikomu się jednak nie spieszy, bo jak mówi mongolskie przysłowie: ,,Gdy wolno jedziesz na pewno dojedziesz”. Na stepie zapadła głęboka noc, rozświetlana jedynie reflektorami naszego busa. Na telewizorze od kilku godzin wyświetlany był uwielbiany przez Mongołów kabaret, a tuż obok kierowcy, na każdym z wybojów, podskakiwała tekturowa tabliczka z napisem Khovsgol. Jedziemy na północ…

Luty. Tam gdzie znikają krowy

Kierowca w spranym, błękitnym deelu (tradycyjnym mongolskim stroju) wrzucił do bagażnika mój wielki plecak i gestem zaprosił mnie do nagrzanego wnętrza samochodu. Była piąta nad ranem. Chwilę później w labiryncie pokrytych cienką warstwą śniegu uliczek, szukaliśmy mojego hotelu. A właściwie to kręciliśmy się w kółko… Po piętnastu minutach, trzech staranowanych studzienkach, dwóch obtarciach podwozia, jednym wystraszonym psie i kilku nie do końca kontrolowanych wirażach, temperatura w samochodzie wyraźnie spadła, prawy reflektor chyba dokonywał swojego żywota, a zarumieniony od chłodu kierowca mocniej zacisnął zbielałe palce na kierownicy.

Po dziesięciu następnych minutach straciłam rachubę w studzienkach, psach, wirażach, zakrętach… Straciłam też orientację, poczucie czasu i nadzieję, że taksówkarz naprawdę wie, gdzie znajduje się mój hotel. W momencie, w którym zatrzymaliśmy się przed komendą policji, zyskałam natomiast pewność, że chyba nie do końca się z Panem Mongołem zrozumieliśmy. On tymczasem, nieporuszony moim pełnym znaków zapytania wzrokiem, zamachał mi przed zmarzniętym nosem wystrzępionym kawałkiem papieru i wyskoczył z samochodu jak oparzony. W ciszy, zakłócanej jedynie pobrzękiwaniem dyndającego przy lusterku breloczka, zaczęłam się zastanawiać czy w przeciągu ostatniej godziny zdołałam już coś przeskrobać, ile mi za to grozi i czy w mongolskich więzieniach jest porządne ogrzewanie. Po chwili jednak kierowca wrócił bez żadnego wsparcia, listu gończego, czy choćby kajdanek więc uznałam, że tym razem mi się upiekło. Być może na komendzie mieli jedyną w mieście mapę, bo po dwóch minutach przeciągałam  już swój wielki, zielony plecak przez drzwi wejściowe całkiem eleganckiego hotelu. Miałam w nim poczekać do południa, na mojego przyszłego szefa, a tym samym na instrukcje i transport do docelowego miejsca zamieszkania. Czekałam do wieczora. Transportu nie było, bo okazało się, że w hotelu mam… zamieszkać, a szef okazał się być… szefową w ósmym miesiącu ciąży! Witamy w Muron!

Muron to miasto pośrodku pustki. Otoczone górami. 700 km od stolicy, 100 km od zamarzniętych wód jeziora Chubsuguł, daleko od cywilizacji, która niczym na wyspie, rozgościła się tutaj jedynie u zbiegu dwóch głównych ulic: Trzeciej i Czwartej. Są tu trzy hotele, małe centrum handlowe i kilka sklepików spożywczych. Dwie dobre restauracje, szkoła i stary budynek lokalnego muzeum. Dwa nocne kluby, zaraz naprzeciwko komendy policji i pomalowanego pstrokatymi farbami placu zabaw. Jest fryzjer, u którego pracuje moja przyjaciółka i gdzie przesiadujemy wieczorami, jedząc czekoladę z orzechami i plotkując o codziennych sprawach. Jest maleńka piekarnia, którą mijam w drodze do pracy i skrzypiące schody centrum językowego, w którym co popołudnie zostawiam serce. Dalej, tam gdzie kończy się chodnik, jest już tylko labirynt piaszczystych uliczek, wysokich drewnianych płotów i podrdzewiałych blaszanych bram. Dobrze się pośród nich zagubić, posłuchać jak skrzypią na wietrze, powodzić wzrokiem po misternych zdobieniach, wyobrazić kto mieszka po drugiej stronie. Tam gdzie nie ma już bram, zaczyna się przestrzeń. To jej między domami szukają krowy. Codziennie rano, błądzą w labiryncie dróg. Czasem pojedynczo, a czasem w stadzie ślizgają się po grubej warstwie przybrudzonego lodu i pośniegowego błota, nie zatrzymując się na światłach i przejściach dla pieszych. Ciągnie je ku lodowej rzece, nad którą nie słychać już nic, poza harcującymi w powietrzu czarnymi krukami. Nad rzeką można zachłysnąć się mroźnym powietrzem, uwolnić myśli. Można się zachwycić. Tak jak życiem w Muron, bo Muron znaczy Rzeka.

Marzec. Czas czekoladowych gór

Dzieci zaczęły kupować lody na patykach, gdy tylko temperatura przestała spadać poniżej -10oC. Wracały do domu biegiem, trzymając w dłoniach niepotrzebne już szaliki i zatrzymując się niekiedy na placach zabaw, by zetrzeć z twarzy resztki czekoladowej polewy lub pobujać się na trzepaku. Tylko wesołe miasteczko w dalszym ciągu było zamknięte. Odkryłam je na początku marca, gdy grzejące mocno słońce, wyganiało mnie z domu na długie spacery z kubkiem kawy i kilkoma cukierkami w kieszeni. Zazwyczaj nie było tam nikogo, czasem zakochane pary przytulone na ukrytej za karuzelą ławce, a czasem kilku kolegów, pijących w jednej z altanek mongolskie piwo Borgio. Czasem, gdy dopisało mi szczęście byli też mnisi. Nosili długie czerwone szaty z szerokimi rękawami i posyłali mi uśmiechy gdy patrzyłam się z zachwytem na ich niewielki klasztor.

Danzadariaa Khiid otaczał obdrapany z niegdyś białej farby płotek i rzędy stup o pozłacanych iglicach. Nie był duży. Gubił się w otaczającej go pustce, z dala od ostatniej z asfaltowych dróg. Rozgościł się na obrzeżach miasta we wczesnych latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku , zajmując miejsce zniszczonej w 1937r. świątyni Мөрөнгийн хөрээ. To wokół niej, w początkach XIX w. wyrastać zaczęło Muron. Tuliło się do łagodnego zakola rzeki, zachwycone ciszą i spokojem by z biegiem lat utwardzić kilka dróg, zamienić konie na dwukołowe Mustangi i sprowadzane z Japonii samochody z kierownicami po prawej stronie. By stać się miastem z prawdziwego zdarzenia, odbierając nieodległemu Hatgal miano stolicy, najbardziej na północ wysuniętego ajmaku.

 

Muron budzi się późno. Próbuje rozgrzać się w nieśmiałych jeszcze słonecznych promieniach, niczym wychodzący nad ranem z namiotu wędrowiec. Pierwsze pojawiają się dzieci. Nie zważając na temperaturę, ślizgają się po zamarzniętych chodnikach w kierunku szkoły i z uśmiechem na zaróżowionych twarzach, znikają w kolorowym rozgardiaszu, tłoczących się przed wejściem uczniów. Potem pojawiają się pierwsze samochody, a na postoju taksówek kierowcy zapalają, otwierającego dzień papierosa. Ulica żyje coraz śmielej – krowy zaczynają codzienną wędrówkę w kierunku rzeki, ktoś niesie na barkach naręcze baranich skór, matka ciągnie na sankach ubranego w dziecięcy deel malucha, a kilkunastoosobowa grupa policjantów kruszy grubą warstwę lodu, pokrywającego jezdnię. Czekając na moich uczniów, parzę kawę i po prostu obserwuję. Przez przybrudzone okno widzę miasto, jak na dłoni, w miejscu które do tej pory było tylko odległym krańcem świata, a teraz jest jakże bliskim jego centrum.

Nie czuć tu jednak żadnego pędu, jak gdyby czas się nagle zatrzymał – myślałam często, wracając spacerem po pracy, podziwiając różowiejące tuż przed zachodem słońca niebo i wymieniając pozdrowienia z mijanymi na ulicy mieszkańcami. To dzięki nim zadomowiłam się tutaj tak bardzo szybko. Spoglądając o świcie przez okno mojego mieszkania na trzecim piętrze, widziałam ludzi, których znałam tak krótki, a jednak jakby od zawsze. Zbudowanych z tych samych emocji i słów, które wspólnie dla siebie staraliśmy się łowić. Na piaszczystym brzegu z widokiem na pustkę. Tam gdzie rzekę skuł lód.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s