Powietrze wypełnione było brzękiem tysięcy bezlitośnie nakręcanych kołowrotków, żar lał się z nieba poprzez baldachim gęstych drzew, kamienne schody kończyły się chyba w innej galaktyce, a mijani po drodze Chińczycy, bez najmniejszego skrępowania, gapili się nam prosto w oblane potem twarze! Ale po drugiej stronie muru była Mongolia! No prawie. I to też nie był jakiś tam mur, ale MUR – ten słynny i wielki! Tuż przed wejściem na wieżę strażniczą nr 7, udało się zidentyfikować źródło nietypowych hałasów. Cykady! Niczym niewzruszone potworki, siedziały beztrosko na, prawdopodobnie co drugiej, gałęzi udając, że ich muzyka sprawia przyjemność komukolwiek innemu, poza nimi samymi. Na szczycie wieży było już jednak cicho, wiał ożywczy wiaterek, a ciągnące się aż po horyzont góry, uspokajały przyspieszony po wspinaczce oddech. Pięknie było! Bo i te Chiny okazały się być naprawdę urodziwe, i kosmicznie inne, i fascynujące, i momentami obrzydliwe, i czasem nawet absurdalne. Pomyślałam zatem, że należy im się tu trochę ich własnego miejsca 🙂 Przed Wami garść chińskich opowieści!

DSC_0182 (2)